Gdyby ktoś zapytał mnie 30 lat temu, czym jest dla mnie szczęście, pewnie odpowiedziałbym bez zająknięcia, recytując jak instrukcję obsługi, że szczęście to jest zadanie do odhaczenia. Lista płac, lista celów, lista marzeń. Wystarczy odpowiednio mocno zacisnąć zęby, wdrożyć poranny rytuał wdzięczności, przeczytać trzy książki o produktywności i biec. Biec szybko, najlepiej pod górkę, bo przecież tam jest ten wymarzony szczyt. A potem, kiedy już się na nim stanie, można “żyć długo i szczęśliwie”.
Dziś patrzę na to z pewnym rozbawieniem, ale także z pewną nutą melancholii. Bo im dłużej żyję, tym mocniej utwierdzam się w przekonaniu, że szczęście nie jest ani kwestią wyboru, ani tym bardziej wynikiem dążenia. To nie jest projekt, który możemy zrealizować metodą małych kroków. To raczej stan, który nas nachodzi – czasem nieproszony, czasem w najmniej oczekiwanym momencie.
Zastanówmy się przez chwilę nad tym “dążeniem”. Współczesny świat wmówił nam, że szczęście jest nagrodą pocieszenia za ciężką pracę. Że jeśli wystarczająco długo będziemy nieszczęśliwi, robiąc rzeczy, których nie lubimy, to w końcu wszechświat wręczy nam złoty medal w postaci spełnienia. To piękna bajka, ale ma jedną wadę: jest kłamstwem. Bo jeśli całe życie spędzimy w drodze, ze wzrokiem utkwionym w horyzoncie, nigdy nie zauważymy, że mijamy właśnie coś pięknego. A szczęście, jak wiemy, lubi się chować w drobiazgach – w zapachu porannej kawy, w czyimś uśmiechu, w chwili ciszy po deszczu. Jeśli pędzimy bez końca, to te drobiazgi rozmywają się w pędzie.
A co z “wyborem”? Czy nie powinniśmy po prostu zdecydować, że będziemy szczęśliwi? To kolejna pułapka. Owszem, nasze nastawienie ma ogromne znaczenie. Możemy wybrać wdzięczność zamiast narzekania. Możemy wybrać dostrzeganie dobra zamiast zła, ale czy to gwarantuje szczęście? Nie. Bo szczęście nie jest decyzją umysłu. Ono jest reakcją organizmu, duszy, czegoś, co nas przekracza. Możemy wybrać zdrowy styl życia, ale nie możemy wybrać, że nigdy nie zachorujemy. Możemy wybrać miłość, ale nie możemy wybrać, że będziemy kochani. Szczęście to nie jest wyłącznik, który przekręcamy w głowie. To raczej pogoda wewnętrzna. Czasem słońce, czasem burza. Możemy włożyć płaszcz przeciwdeszczowy, ale nie zatrzymamy chmur.
Prawda, moim zdaniem, jest znacznie bardziej wyzwalająca, choć początkowo może brzmieć pesymistycznie. Szczęście to nie cel. To skutek uboczny. Pojawia się, gdy przestajemy go szukać. Gdy jesteśmy zanurzeni w czymś, co nas pochłania – w rozmowie, w pracy, w kontemplacji, w pomaganiu komuś. Szczęście przychodzi, gdy nie patrzymy na zegarek, nie liczymy kalorii, nie analizujemy, czy na pewno jesteśmy szczęśliwi. Ono lubi być niezauważone. Kiedy je łapiemy za rękę i krzyczymy “Mam cię!”, ono znika jak spłoszony kot.
Dlatego, zamiast “dążyć do szczęścia”, proponuję coś innego: nie traktujmy szczęścia jak projektu do zrealizowania. Zamiast tego, skupmy się na życiu. Na przeżywaniu go w pełni – z jego bólem, nudą, euforią i smutkiem. Szczęście nie jest nagrodą za dobre sprawowanie. Jest raczej gościem, który wpada z niezapowiedzianą wizytą, gdy jesteśmy zajęci czymś innym. I może właśnie wtedy, gdy przestaniemy je ścigać, gdy przestaniemy próbować je “wybrać” jak danie z menu, ono w końcu nas dogoni. I usiądzie obok, cicho, nie prosząc o nic. A my, zajęci życiem, nawet tego nie zauważymy. I to będzie najpiękniejsze.
Dziś patrzę na to z pewnym rozbawieniem, ale także z pewną nutą melancholii. Bo im dłużej żyję, tym mocniej utwierdzam się w przekonaniu, że szczęście nie jest ani kwestią wyboru, ani tym bardziej wynikiem dążenia. To nie jest projekt, który możemy zrealizować metodą małych kroków. To raczej stan, który nas nachodzi – czasem nieproszony, czasem w najmniej oczekiwanym momencie.
Zastanówmy się przez chwilę nad tym “dążeniem”. Współczesny świat wmówił nam, że szczęście jest nagrodą pocieszenia za ciężką pracę. Że jeśli wystarczająco długo będziemy nieszczęśliwi, robiąc rzeczy, których nie lubimy, to w końcu wszechświat wręczy nam złoty medal w postaci spełnienia. To piękna bajka, ale ma jedną wadę: jest kłamstwem. Bo jeśli całe życie spędzimy w drodze, ze wzrokiem utkwionym w horyzoncie, nigdy nie zauważymy, że mijamy właśnie coś pięknego. A szczęście, jak wiemy, lubi się chować w drobiazgach – w zapachu porannej kawy, w czyimś uśmiechu, w chwili ciszy po deszczu. Jeśli pędzimy bez końca, to te drobiazgi rozmywają się w pędzie.
A co z “wyborem”? Czy nie powinniśmy po prostu zdecydować, że będziemy szczęśliwi? To kolejna pułapka. Owszem, nasze nastawienie ma ogromne znaczenie. Możemy wybrać wdzięczność zamiast narzekania. Możemy wybrać dostrzeganie dobra zamiast zła, ale czy to gwarantuje szczęście? Nie. Bo szczęście nie jest decyzją umysłu. Ono jest reakcją organizmu, duszy, czegoś, co nas przekracza. Możemy wybrać zdrowy styl życia, ale nie możemy wybrać, że nigdy nie zachorujemy. Możemy wybrać miłość, ale nie możemy wybrać, że będziemy kochani. Szczęście to nie jest wyłącznik, który przekręcamy w głowie. To raczej pogoda wewnętrzna. Czasem słońce, czasem burza. Możemy włożyć płaszcz przeciwdeszczowy, ale nie zatrzymamy chmur.
Prawda, moim zdaniem, jest znacznie bardziej wyzwalająca, choć początkowo może brzmieć pesymistycznie. Szczęście to nie cel. To skutek uboczny. Pojawia się, gdy przestajemy go szukać. Gdy jesteśmy zanurzeni w czymś, co nas pochłania – w rozmowie, w pracy, w kontemplacji, w pomaganiu komuś. Szczęście przychodzi, gdy nie patrzymy na zegarek, nie liczymy kalorii, nie analizujemy, czy na pewno jesteśmy szczęśliwi. Ono lubi być niezauważone. Kiedy je łapiemy za rękę i krzyczymy “Mam cię!”, ono znika jak spłoszony kot.
Dlatego, zamiast “dążyć do szczęścia”, proponuję coś innego: nie traktujmy szczęścia jak projektu do zrealizowania. Zamiast tego, skupmy się na życiu. Na przeżywaniu go w pełni – z jego bólem, nudą, euforią i smutkiem. Szczęście nie jest nagrodą za dobre sprawowanie. Jest raczej gościem, który wpada z niezapowiedzianą wizytą, gdy jesteśmy zajęci czymś innym. I może właśnie wtedy, gdy przestaniemy je ścigać, gdy przestaniemy próbować je “wybrać” jak danie z menu, ono w końcu nas dogoni. I usiądzie obok, cicho, nie prosząc o nic. A my, zajęci życiem, nawet tego nie zauważymy. I to będzie najpiękniejsze.






