Wybór wierszy 2


Photoshop CC


dzień rozpoczął się chłodną refleksją
że wszystko jest tylko złudzeniem
a mnie tak naprawdę tu nie ma

pewnie jestem już za stary
aby marzyć dziś o lepszym jutrze
chociaż trudno rozpoznać mój wiek
na odbitkach w szaroburych odcieniach
oczy widzą młode twarze nieostro

igrając ze wzruszeniem
snuję się pomiędzy starymi zdjęciami
na których pozornie nic się nie dzieje
podczas gdy światła miasta tlą się jeszcze
w kałużach ulic odmienionych świtem

wyciągam dłoń po następną fotografię
i czekając na kolejny koniec świata
mieszam kolory i kontrasty aby rozjaśnić
wyblakłe tło od poniedziałku do niedzieli

ustawiam automatyczny balans bieli
bo słowa na niewiele się zdadzą





Cała nadzieja w laserze


Sterylność szpitalnego pokoju i czekanie na kolejny
zastrzyk wyjaławiają myślenie. Obrazy pojawiają się
i znikają. Nic nie pamiętam z dzieciństwa.

Wczoraj rozmawiałem z najważniejszym bogiem w bieli.
Wykład w pigułce, same niewiadome. Potem patrzył
na mnie przez mikroskop, usiłując dotrzeć do
embrionalnych kodów. Chciałem krzyczeć aby zagłuszyć
cyfry i wzory.

Kolejna noc kontrastuje z bielą ścian i odmawia dialogu z
duszą na ramieniu. Może jutro? Nurtuje mnie, dlaczego śmierć
i dusza zwalczają się wzajemnie. Jutro zapytam głównego
dyrygenta.

Do świtu pozostała godzina. Oddycham zachłannie, nie będę
oszczędzał na oddychaniu. Tylko nie wiem kogo mam dzisiaj
zapytać o zdrowie. Boga czy boga?





Dialektyka nieobiektywna (pomiędzy życiem a śmiercią)


Rozpacz nie ma punktu odniesienia. W rodzinie
nie było takich przypadków. Lekarz na otarcie łez
ofiarowuje słaby uśmiech i chemię od jutra. To jest
powód do płaczu i demony przełykają już głośno
ślinę. Posyłasz je do diabła. Znikają z ociąganiem.

Ignorancja też jest chorobą, uleczyć może ją tylko
edukacja. Pytania, pytania, pytania. Trzeba mieć
wybór aby pozostać wolnym. Na retrospekcję szkoda
czasu, trzeba walczyć i wierzyć. Po chemii zastosujemy
naświetlania laserem. Intensywnie szukamy dawcy.

Dobra nowina powinna się przyjąć przeszczepem.





Poranek to dobry czas na składanie deklaracji


piąta rano. próbuję uwolnić słowa, przekręcając
się na wznak. nocne projekcje wciąż zakłócają
perspektywę świtu.

byłem strażnikiem niczyjego sadu, gdzieś na
południu francji. patrzyłem na spadające jabłka
i grzeszyłem w myślach.

sen skończył się przed czasem, nie zdążyłem
pozacierać śladów. tylko światło pulsuje nadal
tworząc kolorowe plamy.

ciało bardzo powoli przyznaje się do istnienia.
powtarzam sakramentalne słowa, wdychając 
cierpki zapach wyimaginowanych owoców.

rezygnuję z czerstwego chleba i świadomie
parzę życie przez cienkie ścianki filiżanki.
opowiadam się za jawą. szósta rano.





Odliczanie


nie wiedział
bo nie mógł nawet przypuszczać
że los właśnie rozpoczął odliczanie
podczas gdy on inhalował się poppersem
prosto z butelki

rezygnacja ze śniadania nie była trudna
potem papieros setka jałowcówki
popita dwoma gorzkimi piwami

cholerny świat za oknem poszarzał nagle
sięgnął więc po dwie białe tabletki
i wszystko stało się nieziemsko kolorowe

za dwie godziny uśmiech na twarzy zesztywniał

dwa rządki białego pudru zamiast obiadu
wypełniły płuca fantastyczną euforią
psa co kręcił się pod nogami kopnął w tyłek
samotnie przetańczył cały wieczór

potem zaczął się bać i trząść
czuł się jak koń ciągnący karawan
wszystko było bez ładu i składu
a mętny płyn na łyżce parował radośnie

zanim wypuścił z martwej dłoni pustą strzykawkę
zdążył jeszcze usłyszeć ostatni skład Nirvany





Spowiedź


zgrzeszyłem zaperzonym słowem
rozdałem chciwość na kolejne wiosny
zabiłem apetyt na podróż w nieznane

więcej synonimów nie pamiętam

żałując rozdwojeń języka
postanawiam poprawić scenariusz
zanim oswoję się ze skokiem na dno

ufam doświadczeniu PhotoShopa 
proszę tylko o nie fałszowanie moich poglądów 





Tam gdzie zaczyna się bezdroże


możesz to nazwać jak chcesz
sarkazmem jako schedą po rodzicach
wysokolotną kpiną z życia
czymś pomiędzy groteską a intelektualną nędzą
taką błazenadą starego człowieka
który chce oswoić swoje lustro

uważa się za buntownika
lecz tak naprawdę jest znudzony bujną
wyobraźnią zagubioną we fragmentach
wspomnień o świecie mu nieznanym
ma urojenia i zrzędzi na wszystko

sąsiedzi mówią że przerwy na życie
wypełnia przeganianiem strachu
i próbami zawracania czasu o kilka dni
listów ode mnie nie otwiera
sztuka otwierania kopert jest mu obca

strach przed boską niesprawiedliwością
nie jest powodem aby pisać dla siebie modlitewnik





Koncert na dwa fortepiany i małą orkiestrę symfoniczną


milkną ostatnie szepty i gesty

kwintet smyczkowy przerywa ciszę
cicho, miękko i subtelnie
by po chwili zaskoczyć słuchaczy
intensywnością brzemienia

metafizyczna harmonia pomiędzy myślami
a gramatyką akordów hipnotyzuje zmysły
intymnie i intensywnie, elektryzująco i szczerze

walka ze łzami nie ma sensu kiedy nadchodzą falami

fortepiany wybuchają kaskadą dźwięków
kipią energią i rozmachem pasaży
szukanie w wyobraźni alegorycznych niuansów
zamyka szczelnie powieki

magia dwóch klawiatur nasyca powietrze sali
przybiera cielesną fakturę dzieciństwa
nostalgia i melancholia powracają ze zdwojoną siłą

batuta doświadcza siły grawitacji
zanim ogarnie ją szaleństwo oklasków





Cisza jest wartością samą w sobie


Jaki sens ma zatem słuchanie mrocznej muzyki
na tarasie w samo południe powszedniego dnia?

Palenie socjalnych kontaktów i podbiegunowa aura
nie sprzyjają nauce latania ponad chmurami
w najciemniejszym fragmencie zachmurzonego nieba

Potem trzeba długo ogrzewać dłonie kubkiem
piekielnie gorącej i diabelnie czarnej kawy

Potrzeba istnienia jest mocno ugruntowana
ale obciążające uczucie jak przed podróżą
nie pozwala na przekroczenie granicy wyobraźni

Słodko-gorzki rytm niepokoju pomiędzy łykami
wdziera się nachalnie pomiędzy przyciężkie akordy





Wypalanie traw


otwierasz okno na wstający świt.
to jest obsesja. kojarzy się z tęsknotą.
sznur ptaków niesie w dziobach
purpurowe światło. zapowiedź pożaru.

dymy nad polami są siwe, jak skronie.
wymykają się z rąk. niosąc zapach grzesznego
szczęścia, zakłócają poranną monotonię.

światło przepływa przez bose stopy,
jak gdyby nigdy nic. całuję mniej pochmurnie,
zanim cokolwiek zapamiętam. dotykam piersi
przez bluzkę, choć nie chcę kochać banalnie.

pastelowy miraż nieśmiertelnej czułości
karmi wyobraźnię nieoczekiwaną ulgą.
z łatwością poddajemy się tej obietnicy.





Ze wzajemnością


twój sposób zachwycania mnie słowem
budzi mój podziw
dlatego kocham ciebie pomiędzy deszczami

słowa nie powinny przetaczać się nad głową i moknąć

ale czasem są wilgotne od łez
zawieszamy je wtedy zupełnie nagie
na sznurze rozpiętym ponad łóżkiem
obejmujemy się wzrokiem
tulimy nasze zakłopotania
delektujemy chwilą obnażenia

śmiałe spojrzenia i nieśmiałe dotyki

nikt nie stawia już pytań
zagubią się w fałdach prześcieradła
i będą przeszkadzać w pośpiechu
nikt nie oczekuje już odpowiedzi
wystarczy uspokajające ciepło
i obietnica spokojnej starości

mój sposób słuchania ciebie w ciszy
budzi twój zachwyt
dlatego kochasz mnie pomiędzy oddechami





Mam dosyć zarówno meno jak pausis


napady gorąca i fale zimna
burzą porządek dni i nocy
porcje kalorycznych zup są coraz większe
estrogeny nie kontrolują już niczego

im więcej powietrza między nami
tym bardziej marznę i cierpię

bierz mnie na blacie kuchennym
potrzebuję twoich hormonów aby
złagodzić pieprzone symptomy
klimakterium
 
ujarzmiony pożar wyrzuca ostatnie iskry
z wrażenia zakładam majtki na głowę





Pejzaż z nutą optymizmu


dwa i pół kroku od opiętego płótnem
blejtramu zawężają perspektywę do plamy
bieli. zawsze jest skupiony gdy wizja
poetyckiego kolażu tłucze się po głowie.

chociaż czereśnie przekwitły już na dobre,
pędzel posłuszny malarzowi ma słabość
do idylli. maluje z pamięci ciepłe błękity,
tarza się w trawach i mgłach porannych.
   
nakładanie własnego egoizmu na płótno
jest jego obsesją i grzeszną tajemnicą.
uważają go za geniusza a on nie potrafi
zapomnieć lata kiedy umierał ojciec.

pielgrzymka w głąb siebie, bezskrzydły
lot do źródła. szybkie obdarcie tęczy z
kolorów doprowadza go do skraju
załamania światła i mlecznego świtu.

z położeniem werniksu wstrzyma się
kilka dni aż pulsująca plama kolibrzych
skrzydeł przestanie wzbijać drobiny kurzu.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz