Żyjemy w epoce, która nienawidzi przemijania. Chcemy zatrzymać wszystko: zdjęcia w chmurze, filmy na dysku, statusy w mediach społecznościowych.
Archiwizujemy życie, zanim zdąży ono naprawdę zaistnieć. A jednak to właśnie ulotność jest solą naszej egzystencji – to ona nadaje chwilom ostrość, jakiej nie zapewni żaden filtr. Dlaczego zachód słońca nad morzem porusza nas bardziej niż folder z setką takich samych fotografii? Bo ten jeden, konkretny zachód już nigdy się nie powtórzy. Ta sama morska fala, ten sam oddech wiatru i ten sam stan naszej duszy – to kombinacja, która ma miejsce tylko raz, w tej jednej, świętej sekundzie. Gdyby była wieczna, byłaby nudna. Gdyby była do odtworzenia, byłaby banalna. Jest właśnie taka, jaka być powinna: nieuchwytna.
Moc wzruszenia, o którym tak często mówimy, bierze się właśnie z tego dialektycznego napięcia między "tu i teraz" a "zaraz tego nie będzie". Płaczemy nad filmem, w którym główny bohater umiera, ale tak naprawdę płaczemy nad sobą, bo wiemy, że nasze własne "teraz" też się kiedyś skończy. Ulotność jest naszym wspólnym mianownikiem – to ona czyni nas braćmi w obliczu wieczności. Nie chodzi jednak o to, by popadać w melancholię i rozpacz. Przeciwnie, świadomość ulotności powinna być jak zimny prysznic dla zaspanej duszy. Budzi nas z letargu rutyny i mówi: "Hej, patrz! Ta chwila umiera, więc albo ją przeżyjesz, albo znowu przewiniesz kolejną stronę w telefonie".
Nie zatrzymujmy zatem niczego na siłę. Pozwólmy chwilom przemijać, ale najpierw – pozwólmy im nas dotknąć i poruszyć. Bo to nie pamięć o nich jest cudem, ale samo ich trwanie. Wysiłek, by być obecnym, to jedyny sposób, by oszukać czas. Nie my go zatrzymujemy, lecz to on zatrzymuje się na moment, gdy naprawdę żyjemy. Ulotność nie jest bowiem naszym wrogiem. Jest najwyborniejszą z przypraw, bez której całe danie życia byłoby mdłą, monotonną papką. I dlatego, zamiast gonić za wiecznością, warto po prostu… otworzyć oczy. Nawet tuż przed tym, zanim wszystko zniknie i zapadnie cisza.
Moc wzruszenia, o którym tak często mówimy, bierze się właśnie z tego dialektycznego napięcia między "tu i teraz" a "zaraz tego nie będzie". Płaczemy nad filmem, w którym główny bohater umiera, ale tak naprawdę płaczemy nad sobą, bo wiemy, że nasze własne "teraz" też się kiedyś skończy. Ulotność jest naszym wspólnym mianownikiem – to ona czyni nas braćmi w obliczu wieczności. Nie chodzi jednak o to, by popadać w melancholię i rozpacz. Przeciwnie, świadomość ulotności powinna być jak zimny prysznic dla zaspanej duszy. Budzi nas z letargu rutyny i mówi: "Hej, patrz! Ta chwila umiera, więc albo ją przeżyjesz, albo znowu przewiniesz kolejną stronę w telefonie".
Nie zatrzymujmy zatem niczego na siłę. Pozwólmy chwilom przemijać, ale najpierw – pozwólmy im nas dotknąć i poruszyć. Bo to nie pamięć o nich jest cudem, ale samo ich trwanie. Wysiłek, by być obecnym, to jedyny sposób, by oszukać czas. Nie my go zatrzymujemy, lecz to on zatrzymuje się na moment, gdy naprawdę żyjemy. Ulotność nie jest bowiem naszym wrogiem. Jest najwyborniejszą z przypraw, bez której całe danie życia byłoby mdłą, monotonną papką. I dlatego, zamiast gonić za wiecznością, warto po prostu… otworzyć oczy. Nawet tuż przed tym, zanim wszystko zniknie i zapadnie cisza.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz